Reading this wonderful book by Eliza Kąska „Yesterday you were angry in Green” about a mother and and her neurodivergent daughter learning each other through a mutual growing up process and navigating the cruel, often misunderstanding world of social systems and rules boxing certain individuals and trying to make them invisible or to mould them to fit the “functional” societ. I am realising that what I am hoping to show with my work is mending the rips and cracks of the world. In the art world, which is trying to tell mothers-artists „there’s no space for you here” through remembering my childhood, in which sometimes there was so much of my grandmothers sadness and my mother’s busyness, creating holes of „I don’t exist, there’s no space for me here” and those fears coming out through my children’s need of my attention but without being too focused on myself. Simultaneously I realise how, through creativity, women throughout generations in my family coped with the difficulties of life, subconciously teaching one another that creativity can be a cure, a way to cope with traumas, anxieties, fears, the weight of responsibility and financial difficulties. In the world where motherhood combined with worry about money blocks my creativity I want to keep making, to keep mending the artist in me back to being.(pg 30-31)
I do however have one main critical thing to say about the book: where is the anger, the one she mentions in the title? In this book the mother is the ultimate martyr, sacrificing absolutely every bit of herself for the care and wellbeing of her child. And she accepts it. There is no talk about anger, having enough, there is apologizing for not being good enough, for not understanding. The neurodivergent daughter is put on a pedestal of being someone goddes-like, from another planet, having access to the side of agreement and understanding the world no person neuronormative will ever understand. And the system in which she is finally forced to exist in at the age of 5, after the diagnosis, that system blocks the creativity in her and the mother feels guilty. But she never feels angry, or at least not on the pages of this book
In the words of honorary csm doctor Daphne Guiness „creativity is essential, not optional”
For Mother section of Matrescence Triptych: „ Pani tak nie robi dziecku na rękę. Niech się wydrze,
popłacze, co to szkodzi. Trzeba przełamywać.” Pg 51
„W co poczwarka może zaopatrzyc przysztego motylka, skoro sama nie ma jeszcze doświadczenia skrzydeł? Jak pomoże mu w przetrwaniu, skoro jej cele życiowe, nim stwardniały w podtrzymujący psyche pancerzyk, zgniótł obowiązek względem dziecka, rodziny, wspólnoty? Pg 54 “What can a chrysalis provide for the future butterfly, when it has not yet experienced wings itself? How can it help it survive, when its own life goals—before they hardened into a shell sustaining the psyche—were crushed by duty to a child, family, and community?”
The Moirai (or Fates) are three goddesses in Greek mythology—Clotho, Lachesis, and Atropos—who personify destiny and control the thread of life for both mortals and gods. They represent the inevitable destiny, with Clotho spinning the thread, Lachesis measuring its length, and Atropos cutting it at death – pg 55, but also read Mythos and remember The Fates from Chaos
Pg. 78
Things I’ve heard as a mother:
„Nie może pani za dużo oczekiwać”. (Lidzbark Warminski)
„Ma pani problem z brakiem oczekiwań. Musi pani mieć nadzieję, dla dziecka!”. (Olsztyn)
„Mówisz o dziecku jak o insekcie. Zimno. Za dużo analizujesz. To jest żywy człowiek, wiesz?”. (Toruń)
„Słuchaj, Eliza, trochę więcej analizy. Ty jesteś za bardzo emocjonalna, miotasz się, dziecko wymaga trzeźwości”. (rozmowa na linii Warszawa-Lidzbark)
‘Pani dziecko patrzy w oczy. Ja to panią wysłałabym na terapię”. (Olsztyn)
„Czy pani nie czytała, że kontakt wzrokowy to jest nic? To jest tylko jeden z parametrów diagnostycz-nych, kto pani wmówił, że to jest ważne? Co mi tu pani wpiera?”. (Toruń)
‘Za dużą masz wiarę, że ktoś da ci receptę. Wiesz, Elizo, na ważne pytania nie ma odpowiedzi. Chociaż byłem pod wrażeniem twoich ostatnich uwag na seminarium”. (Warszawa)
„Pani mama męczy się z brakiem odpowiedzi w sprawie wnuczki. Będziemy się w tej sprawie modlić we czwartek”. (Lidzbark Warmiński)
„Dlaczego ty w ogóle szukasz odpowiedzi? Niech żyje, rozwija się, kocha. Martwisz mnie. Próbujesz podporządkować dziecko swojej wizji świata”. (Toruń)
Pg.79
„Za dużą masz wiarę w to, że ktoś ci pomoże”. (Warszawa)
„Wie pani, trudno, przepadło, studia studiami, trzeba zająć się dzieckiem”. (Olsztyn)
„Jedyna nadzieja w tym, że pani się zbierze w sobie i zrozumie, że dziecku nie pomoże skupienie wyłącznie na nim. Trudno, niech pani się realizuje i ciągnie dziecko za sobą”. (Bartoszyce)
„Diagnozy wszystkiego nie załatwią”. (Warszawa)
„Gdzie pani była, gdy ona miała rok? Wtedy trzeba było diagnozować. Nic pani nie widziała? Pani ma studia?”. (Warszawa)
„Jakbyś miała faceta, toby dziecko nie miało problemów”. (Toruń) – “If you had a man, the child wouldn’t have problems.”
„Pani Elizo, głupio mówić, jestem przyjaciółką rodziców. Pani się bawi w życie, pani ich obciąża. Dziecko nie ma żadnych poważnych problemów, gwarantuje pani, po prostu brakuje mu taty. Niech pani szybko złapie chłopca”. (Lidzbark Warmiński)
“Stara panna z dzieckiem, jeszcze z problemami. Musiałby się ktoś ulitować. Przysłowiowy święty Józef”. (Sokołów Podlaski) “An old maid with a child—and with problems at that. Someone would have to take pity on her. A proverbial Saint Joseph.”
Pg.94
„ Ciekawe, że będąc z córką sam na sam, nie miałam poczucia, że noszę mundur matki. I że jest to nie tylko forma służby, co było dla mnie jasne, lecz także forma nabytej powagi, czego nie chciałam. Przyjęłam odpowiedzialność, nie chciałam roli.” “It’s interesting that when I was alone with my daughter, I didn’t feel like I was wearing a mother’s uniform. And that it was not only a form of duty, which was clear to me, but also a kind of acquired seriousness—which I didn’t want. I accepted responsibility; I didn’t want the role.”
Pg.95
„Choćbym wmawiała sobie, że to tylko troska, nos podpowiadał co innego. W zwąchał, co i ja zwąchałam. Nie wrócimy już do życia od frontu, ale będziemy tłuc się od zaplecza.”
Pg.133
“Rysując dla siebie, pozbawiała postacie gruntu, a jeśli już musiała rzucić im coś pod nogi, to na pewno nie sztywną belę pionowo sterczącego trawnika, po której chodzili jak po płocie. Królewny, przez dwa miesiące malowane, gdy już pod warszawskim adresem mierzyłyśmy się z początkami edukacji, miały w sobie dzikość, jakiej już nigdy później nie uzyskała. I autonomię kreski, z którą rzadko miałam do czynienia. Nawet dysproporcje pracowały tu na korzyść, więcej, pozwalały przyglądać się rysunkom jak pracom świadomej brutalistki, artystki warsztatowo dorosłej, zapuszczającej kreowanemu światu bakcyla niedoskonałości. Jej królewny uwspólniały z baśniowymi tylko jedno: korone.
Ogrywała ją jednak w sposób tak hardy, że zdawała się grzebieniem bojowym egzotycznego ptaka, irokezem, czułkami kosmitki, na pewno nie insygnium władzy. Wyobraźnia uwolniona.”
“Drawing for herself, she deprived her figures of ground; and if she had to give them something under their feet, it certainly wasn’t a rigid strip of upright lawn on which they walked as if along a fence. The princesses, painted over two months—when, at our Warsaw address, we were already grappling with the beginnings of schooling—contained a wildness she would never achieve again. And an autonomy of line I rarely encountered. Even the disproportions worked in their favor; more than that, they allowed one to look at the drawings as if they were the works of a conscious brutalist, an artist mature in craft, infecting the created world with a taste for imperfection. Her princesses shared only one thing with fairy-tale ones: the crown.
But she played with it so defiantly that it resembled a comb-like crest of an exotic bird, a mohawk, an alien’s antennae—certainly not an insignia of power. Imagination set free.”
Pg.153
“Ból matki, mówi się. Co boli najmocniej? Czas. Czekanie, utrata. Lęk o dziecko i bunt, że zostało się oszukanym. Że trudno uratować tego drugiego. I trudno uratować siebie przed połknięciem. Boisz się, że utonie wszystko.
W czasie wielkiego zamknięcia usłyszałam mnóstwo pouczeń. Wiele z nich empatyzowało z matką, zakładając, że Eliza już nie istnieje. „Wiesz, jesteś matką”.
Większość zakłada, że matka to taki gatunek dzielności, który zjada osobowość, wygładza kanty, gasi ostrość sądu. Biegasz na czterech łapach macierzyńskiego instynktu, tu masz miskę. Szanujemy cię, ale wiemy lepiej. Nie wiecie.”
“A mother’s pain, they say. What hurts the most? Time. Waiting, loss. Fear for the child, and the rebellion at having been deceived. That it is hard to save the other person. And hard to save yourself from being swallowed. You fear that everything will drown.
During the great lockdown, I heard countless admonitions. Many of them sympathized with the mother, assuming that Eliza no longer existed. ‘You know, you’re a mother.’
Most assume that a mother is a kind of species of resilience that devours personality, smooths out the edges, extinguishes the sharpness of judgment. You run on all fours of maternal instinct—here is your bowl. We respect you, but we know better. You don’t.”
Pg157
“A trudno jest walczyć na dwa fronty, wiesz, jedną ręką gasić twój niepokój, a drugą złość otoczenia. Pozycja odpowiadająca takiemu macierzyństwu w jodze świata musiałaby nazywać się „różą wiatrów”. A życie i tak, znużone nami, puściłoby ją w drzazgi. Podcięłoby nam sznureczki.”
“And it’s hard to fight on two fronts, you know—to soothe your anxiety with one hand and the anger of the world with the other. The position corresponding to such motherhood, in the yoga of the world, would have to be called a ‘compass rose.’ And life, weary of us anyway, would still splinter it to pieces. It would cut our strings.”
Pg.170
“„Pomożemy ci, nie poddawaj się presji, ona potrzebuje twojej obecności, a nie komórki społecznej, daj spokój”. (Warszawa)
„Ale chyba pani nie rozmawia z dzieckiem bez wsparcia terapeuty? Wie pani, że można dziecku zaszkodzić?” (Warszawa)
„Proszę pani, chyba ma pani dośé rozumu jako matka, by nie oczekiwać od terapeutów, że będą kierować pani rozmową z dzieckiem”. (Warszawa)
„Pani Elizo, teraz trzeba być dzielną, pani pokolenie ucieka w depresję, w leki, ale to luksus dla tak zwanych singli, niech się pani temu nie poddaje, pani ma dziecko”. (Toruń)
„Proszę pani, pierwsza sprawa: proszę sobie pozwo-lié na słabość. Rodzic, który ukrywa problemy, nie będzie dobrym rodzicem”. (Warszawa)
»W pani sytuacji niebycie na lekach jest podejrzane. Czy pani nie jest za dzielna?”. (Toruń)
“Pani jest zbyt dzielna. To się odbije na dziecku. Wiecej pani powiem: pani przez to nie założy rodziny.” (Kraków)
„Pani się zamyka, pani dziwaczy. Niech pani pamięta, że pani musi dla dziecka byé normalną”. (Toruń)
„Ty jesteś oryginałka, Elizka, to w szkole było widać. Ja powiedziałem mamie, że to się zemści. Ja ci piątki stawialem, ale wiadomo bylo, ze to sie zemsci.”
Pg.171
„Dziadkowie pani byli porządni, wierzący. Takim się rodzą madre, zdrowe dzieci. Niech pani to przemyśli”. (Lidzbark Warmiński)
„Pan Bóg czasem dopuszcza cierpienie. Ale trzeba widzieć w tym cel. Pani nie może tego zmarnować. Pani dostała ten dar. Ale to się może przeciw pani obrócić”. (Lidzbark Warmiński)
„Niech pani nie będzie taka poważna. Życie przed wami, przed pania”. (Warszawa)
„Niech pani nareszcie spoważnieje. Co się nie udało, to się nie udało, ale dość fantazji”. (Toruń)
„Musi być pani gotowa na to, że dziecko nigdy nie będzie uczestniczyć w normalnym życiu. Gdyby miało wczesne wejście terapeutyczne, miałoby szanse. Ale według naszej wiedzy rokowania są, jakie sa”. (Warszawa)
„Aktualnie wspieram różne przypadki. Wielu mimo wczesnej interwencji ma poważne problemy. Kto wie, może i pani dziecko by miało, tak czy owak”. (Warszawa)
„Wybacz, ale słabo znasz życie. Ja przechodzitem depresję”. (Kraków)
Pg.173
“Białe ściany naszego domu ceniłam jako świetny ekran. Matka próbowała zakryć ich nagość, watując botaniczną tandetą, obwieszając kalendarzami, anektując firanką, wbijając gwoździki. Miała lęk bieli, płaszczyzny, jakby ta potwierdzała jej status wygnańca, wystawiała jej paszport w świat, który ją upokarzał. Nie mogła go oswoić swoim kramem, zabudować szpargałami, wypełnié. Mocniej: trupia gładź ścian kompromitowała ją, szkalowała jako gospodynię.”
Pg.174
“ mieszczańskie z ducha dogmaty: dobrzy ludzie mają dużo rzeczy, a kobieta jako szefowa domowego ogniska odpowiada za przychylnośé i ciepło miejsca. Skutki tych dwóch przeświadczeń dla przestrzeni mieszkalnej sprowadzały się do coraz szczelniejszego zastawiania jej, do serdecznej kumulacji. Nic dziwnego, że sumując doświadczenia lidzbarskie i warszawskie, szukała sobie matka legowiska w miejscach ciasnych od znaków i przedmiotów.
I nic zaskakującego, że na moje białe ściany zerkała z podszytą lękiem dezaprobatą. Byłam poganka, zerwałam z kobiecym kultem kramu. Z marynowaniem kurzu w kapach i kotarach, z przymusem kumulacji.
Przestrzeń trzeba zapełnić, jeśli ma być gniazdem. Aja wysiadywałam swoje jajko w zimnej niecce, w bezdusznej bieli. Cóż, kiedy dla mnie właśnie prowizorka była pelnią. I siedziałam sobie w pustce nieco tylko przełamanej stertkami książek”
Pg.181
“ Miałam poczucie, że chodzę po jakiejś wystawie przy zgaszonym świetle, w ciemności, a od czasu do czasu rozbłyskuje przede mną doświetlony obraz. Trzymam się go jakiś czas, a potem dryfuję ku kolejnemu, słabo powiązanemu z poprzednim (poza kreską rysownika)”






